Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Safbrew WB-06. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Safbrew WB-06. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 października 2011

warka 13 - Pszeniczne (Hefe-Weizen) #2

Po wielokroć szczególna warka. Jedną mam tylko nadzieję, że nie okaże się pechowa - bo jak to się mawia w domach spokojnej starości: popuściłem troszkę.

Bez obaw - nie było braku higieny, były po prostu głupie błędy które musiały mieć miejsce przy jednoczesnym warzeniu pszenicznego, zlewaniu na cichą / chmieleniu na zimno India Pale Ale i butelkowaniu Portera. Ale dwóch dzielnych pomocników przyszło z odsieczą i wszystko poszło w miarę gładko - za co jestem im bardzo wdzięczny.

Zastanawiam się tylko, dlaczego na pierwsze towarzyskie warzenie zdecydowałem się na ten gatunek. Nie jest najłatwiejszy. Do dziś w pamięci mam te długie godziny spędzone na filtrowaniu poprzedniego pszeniczniaka.

Stosunek jak zwykle udany - woda / słody - 3:1. (Woda wcześniej doprowadzona do temperatury 47 stopni). Słody wrzucam wszystkie jeden po drugim, nienaturalnie się przy tym prężąc. Leci więc pszeniczny, leci pilzneński, leci, lekko się ociągając, carahell (był troszkę zaskoczony propozycją wspólnego występu z takimi gwiazdami)

Przerwa pierwsza, 45'c - ferulikowa. Mieliśmy z kolegą Mariuszem (zwanym dalej Mario) małe przegrzanie do 50'c ale w 10 minut bez palników zeszło do 48'c.

Dogrzanie do 53'c rozpoczyna przerwę białkową. Dr Dukan pokiwałby pewnie z politowaniem głową, bowiem utrzymaliśmy ten stan jedynie przez 15 minut.

62'c przez 30 minut - przerwa maltozowa. Wyglądało to podobnie jak w poprzednich warkach - mierzę temperaturę, dotkliwie mieszam zacier, przykrywam pokrywką i nastawiam timer na 5 minut. Mam czas na rozmowę ze znajomymi, wypicie piwa, zrozumienie żartu usłyszanego poprzedniego wieczoru i wizytę w sklepie mięsnym. Następnie cykl się powtarza - sprawdzenie gorączki, pokrywa, the final countdown.

Może na szybko wyjaśnię o co chodzi z tymi przerwami. Dobra okazja, bo podczas zacierania piwa pszenicznego występuje ich sporo:

- przerwa zakwaszająca (ok. 31'c) - jeśli utrzymamy ją przez parę godzin uzyskamy lekkie zakwaszenie brzeczki (powiedzmy, pożądane), ale nie wydaje mi się żeby to był najlepszy sposób na osiągnięcie tego efektu. Ja nigdy tego nie robiłem.

- przerwa ferulikowa (ok 45'c) - dzięki niej będziemy mieli w piwie goździkowe aromaty (piwa pszeniczne). Jednak różne źródła różnie podają - niektóre utrzymują, że aby efekt był wyczuwalny trzeba by utrzymać tą przerwę przez ok 2 godziny... Ja przy piwach pszenicznych stosuję tą przerwę tylko przez 10 minut...

- przerwa beta-glukanowa (45-50'c) - Dzięki temu zmniejsza się lepkość zacieru i brzeczki, co może mieć znaczenie przy zacieraniu piwa z udziałem żyta. Wydłużenie tej przerwy może jednak negatywnie wpłynąć na pełnię smakową i pianę piwa (cytat z wiki.piwo.org - wcześniej nie wiedziałem zbyt dużo o tej przerwie bo nigdy jej nie stosowałem, a jeśli już to niechcący)

- przerwa białkowa (ok 53'c) - ponoć wpływa na stabilność i pienistość gotowego piwa. Ponoć, bo co pienistości, nie zauważyłem większej różnicy - każde moje piwo pieniło się rewelacyjnie i długo trzymało czapę, tak samo z trwałością - stosowanie, bądź nie, tej przerwy nie wniosło większych zmian do moich warek.

- przerwa maltozowa (ok 63'c) - przerwa scukrzająca, uzyskujemy sporo cukru (maltozy), który poważnie zainteresuje nasze drożdże. Im dłuższa przerwa, tym bardziej alkoholowe piwo... kosztem głębi smaku.

- przerwa scukrzająca dekstrynująca (68-74'c) - powstające na tym etapie cukry maja podnieść treściwość piwa i jego słodycz. Są to cukry nie fermentowalne, więc działają jedynie smakowo.

Coś, co początkowo wygląda na odpalanie piły spalinowej w kuchennym zlewie to nic innego jak mycie niewinnego gumowego węża, nie mającego nic wspólnego z teksańską masakrą. Przy okazji dochodzę do wniosku, że praca zespołowa jest całkiem przyjemna. Może nie jestem takim socjopatą za jakiego się uważałem...

W tym momencie ma miejsce mała odskocznia - trzeba zabutelkować poprzednią warkę, Czarnobylinę. Próbka pobrana, szybka degustacja, w między czasie przygotowania do filtrowania pszenicznego.

Dobry moment, żeby zdradzić czytelnikom mały sekret. Od kilku warek nie bawię się już w dezynfekcję sprzętu. Chlor stoi bezpiecznie zapakowany w rogu szafki, OXI wala się po szufladzie, Ludwik utrzymuje kontakty jedynie z naczyniami codziennego użytku.

Widoczny na zdjęciu filtrator ani razu nie był wyparzany (jedynie dokładnie przemywany wodą) - na etapie filtrowania nie muszę zbytnio dbać o sterylność, zaraz potem następuje przecież godzinne chmielenie, co jak wiadomo, nierozerwalnie łączy się z wrzątkiem.

Do czego dążę? Nie miałem wpadki.
Całość myję dokładnie miękką gąbką przed i po użyciu, przepłukuję obficie pod bieżącą wodą, kiedy tylko się da myję ręce i zmieniam bieliznę. I to działa.

Przestałem wyparzać również kapsle i nie stwierdziłem, żeby to jakoś negatywnie wpływało na przyszłe piwo (może mieć jakieś znaczenie fakt, że piwo zawsze i bezwzględnie przechowuję w pozycji pionowej). Poza tym, niewykorzystane, wyparzone kapsle mają tendencję do szybkiego rdzewienia, jeśli ich się bardzo dokładnie nie wysuszy.

Na fotografii (wykonanej techniką cyfrową) przygotowuję się właśnie do butelkowania Czarnobyliny, a Mario walczy z zacierem. Z jego miny można wyczytać zniecierpliwienie - nie codziennie się filtruje zacier, a ja skutecznie blokuję proces.

Za firmę spedycyjną robią dziś goście, więc transportem zacieru do fermentatora pozwoliłem zająć się koledze. Kranik niebezpiecznie zwrócony otworem w jego kierunku, ale chyba zbagatelizował zagrożenie.
Chyba, że to była okazja, to w takim razie ją przegapił.

Wiem, że to wygląda tak, jakby nic się nie mogło się zmarnować, choćbym z emalią zrywał. Zależy mi jednak na wydajności i nie chcę przy okazji zapchać zlewu wypłukując resztki.

Delikatna skrobanka gara i zacier pozostawiony samemu sobie na 20 minut, ponieważ tyle zajmuje nam opieka nad poprzednimi warkami: Czarnobyliną oraz India Pale Ale.

Może zestresowany władczą postawą Maria, może z pragnienia zmieszczenia się w kadrze, może z szacunku do woskowych figur - wyglądam tak jak wyglądam. Nie czuję się gorszym człowiekiem tylko i wyłącznie dlatego, że każda moja część ciała wygląda, jakby należała do innej osoby. Nauczyłem się z tym żyć.

Początki filtrowania jak zwykle wypadają nieco mętnie.
Tym razem, dla odmiany, nawet nie ma czego zwracać, ponieważ pierwsze 5 mętnych litrów było ostatnimi litrami. Po prostu - zacier ostygł (mimo, że był przykryty pokrywą), poza tym - to w większości słód pszeniczny, który nie jest zbyt skory do współpracy na tym etapie warzenia.

Sytuację próbuje ratować Mario, wysładzając ziarna 10 litrami wody o temperaturze 78'c.
Jako, że moi towarzysze zaczynają już się lekko niecierpliwić (posiadają psa z agresywnym układem moczowym), po bardzo szybkim uzyskaniu 15.5 litra brzeczki decydujemy się na chmielenie.

Osobną kwestią pozostaje jakich metod, poza 10 litrami gorącej wody, do tego użyliśmy :)

Pomijając najprostsze, czyli przekleństwa, były to: kompulsywne targanie zacieru łychą (dlaczego warzenie nie miałoby jednocześnie dostarczać przyjemności?), wyciskanie pokrywą (przerabiane już niejednokrotnie wcześniej), chaotyczne sterowanie kranikiem (jak się okazało, Mario nie miał z nim kontaktu) i ogólne rozbawienie (wolałem usunąć się w cień, uśmieszek Maria jest naprawdę zaraźliwy).

Z przerażającą lekkością mój gorzej widzący kolega robi kopiuj wklej (poprawka, wytnij wklej, gdyby to było naprawdę kopiuj wklej byłbym już bogaty), i praca zaczyna nabierać tempa - za rogiem czai się chłodnica, a zimne piwko w szklance tylko czeka aż skończę nadzór nad efektywnością pracy.

Po odmierzeniu porcji chmielu przystąpiliśmy do chmielenia (15 + 10 + 10 = 35 gramów, w dołączonym pojemniczku do zestawu było 50 gramów, co mnie nieco zmyliło, ale o tym później).

Pierwszy wrzut był jeszcze zespołowy, ale jak już pisałem, moczowód pieska... Pożegnałem pomocników i się zamyśliłem, popełniając od tego momentu sporo błędów.

Chmielenie zgodnie z planem, bo tu niewiele da się tak naprawdę zepsuć. Czyżby?...
W pewnej chwili zobaczyłem, że mam jeszcze jakiś chmiel w pojemniku - o czymś zapomniałem? Ale kiedy, jak... Na wszelki wypadek wsypałem go (15 nadprogramowych gramów o których pisałem wcześniej) na ostatnie 6 minut gotowania.

Schody zaczęły się wraz z chłodzeniem - bardzo szybko poradziłem sobie ze zmuszeniem chłodniczej rurki do kontaktu trwałego z rurką od spłuczki, po czym zanurzyłem całość z lubieżnym uśmieszkiem na 10 minut przed końcem chmielenia, i...

... usiadłem do notatek.
Wiadomo - wypełnianie rubryk, notowanie jedynych w swoim rodzaju ulotnych spostrzeżeń, szybkie kombinerki, szybki gin z tonikiem, szybki papieros i człowiek zaczyna się gubić.

Puszczam wodę w chłodnicy i zaczynam namaczanie drożdży. Do tej pory nie wiem, czy to przez widoczny na zdjęciu śrubokręt, czy przez wcześniejszy drink z ginem, ale jednocześnie chłodząc, podgrzewam brzeczkę. Tak, zapomniałem wyłączyć palniki podgrzewające mój ukochany gar. Ot, gapa.
Dopiero po 10 minutach, gdy temperatura spadła jedynie o 10 stopni, zorientowałem się, że coś jest nie tak...

W końcu udało mi się schłodzić brzeczkę do 26'c.
Po dekantacji mam całe 9.5 litra 20'blg. Do akcji wkracza woda primavera, oraz jej mniej szlachetna koleżanka z wodociągów.

20'blg -> 1.2 litra primavery
16'blg -> 2 litra wody z kranu (primavera się nagle skończyła)
14.5'blg -> 1 litr kranówki =
13'blg, 15 litrów...

Bardzo, bardzo słaby wynik. Oczywiście za głównego winowajcę uważam nieefektywne filtrowanie, ale też i błędy przy dekantacji znad chmielin - być może jednoczesne grzanie i chłodzenie źle wpłynęły na konsystencję brzeczki, czego skutkiem była spora ilość piwa które po prostu musiałem sobie darować (chociaż i tak na parę litrów pełnych chmielin przymknąłem jedno ze swych pięknych oczu).

Drożdże zadane, zostało tylko całość zamknąć szczelnie pokrywą z rurką fermentacyjną i modlić się, żeby coś z tego wyszło.

Jeśli nie ilość, to może chociaż jakość...

14 listopada 2011

Zanim dopiszę moment zlewania na cichą i butelkowania, pozwolę sobie zaprezentować etykietę, która jutro idzie do druku. Butelki w piwnicy już czekają...

niedziela, 7 sierpnia 2011

warka 10 - Żytnie (Roggenbier)


Aromat

Lekki do umiarkowanego przyprawowy żytni aromat pomieszany z lekkim do umiarkowanym aromatem drożdży weizen (przyprawowe goździki i owocowe estry, oraz banan i cytrusy). Lekkie aromaty szlachetnych chmieli są akceptowalne. Może mieć troszeczkę kwaskowaty aromat pochodzący od drożdży i żyta. Brak dwuacetylu.

Wygląd
Jasny miedziano-pomarańczowy do bardzo ciemno czerwonego, albo miedziano-brązowego koloru. Wysoka kremowa piana koloru od złamanej bieli do żółtobrązowej piany, całkiem zbita i długo utrzymująca się (często gęsta i górzysta). Mglisty nie klarowny wygląd.

Smak
Zbożowy, umiarkowanie lekki do umiarkowanie mocny przyprawowy żytni smak, często zawierający bogaty posmak żytni, albo chleba pumpernikiel. Średnie do średnio lekkiej goryczki chmielowej pozwala na wstępną słodkość słodową (czasami z odrobiną karmelu), która jest odczuwana przed tym jak zajmie miejsce charakter żyta i drożdży. Niski do umiarkowanego cechy drożdży weizen (banan, goździk i czasami cytrusowy), ale balans może być różny. Umiarkowanie wytrawne, zbożowy finisz wraz z intensywnym, lekko gorzkim (od żyta) posmak. Niski do umiarkowany smak chmieli szlachetnych jest akceptowalny i może się utrzymywać do posmaku. Brak dwuacetylu.


Historia
Piwo specjalne pochodzące z Regensburga w Bawarii, może być traktowane jako odmienny wariant dunkelweizena z zawartością słodu żytniego zamiast słodowanej pszenicy.

Podstawowe informacje
Gęstość początkowa: 11,4 - 13,8°Blg
Goryczka: 10 – 20 IBU
Gęstość końcowa: 2,6 - 3,6°Blg
Kolor: 14 – 19 SRM
Alkohol objętościowo: 4.5 – 6%
*

* informacje pochodzą stąd


Na jubileuszowa, 10-tą warkę chciałem wybrać coś nowego i trudnego zarazem. Wybór padł na Roggenbier, piwo żytnie. Słody leżały już w szafce od miesięcy, w końcu się doczekały.


Głównym słodem w zasypie jest, jak łatwo się domyślić, żyto. Pozostałe składniki i proporcje są w sumie takie jak w piwach pszenicznych. Łącznie z drożdżami.


Początek tradycyjnie - słody i woda w stosunku 1:3, woda z kranu, podgrzana do 35'c.
Na 4.8 kg zasypu (sporo, poprzednie warki miały mniej ziarna) wyszło 14.4 litra wody.


Zacieranie proste do bólu (ale to nie to miało być najtrudniejsze w tej warce) - około godziny w temp. 68'c. Utrzymanie jej nie było żadnym problemem. Mieszałem, włączając / wyłączając palniki co 10 minut, całość pod przykryciem - temperatura utrzymywała się bardzo ładnie. Przy tak gęstym zacierze przerwa robi się praktycznie sama.



Na 20 minut przed końcem zacierania dodałem do zacieru 3 litry gorącej (78'c) wody, 15 minut później kolejne 3 litry w tej samej temperaturze. Co dziwne, temperatura zacieru (68'c) nie podniosła się.


Była to moja pierwsza namiastka zacierania dekokcyjnego... troszkę nie mam na to warunków, za mała kuchenka, z przekładaniem wszystkiego z miejsca na miejsce i z całym tym ściskiem wiąże się sporo stresu, a to odbiera przyjemność warzenia... ścisk jest fajny, ale w łóżku, a nie w garach...


W międzyczasie próba jodowa - w instrukcji do warzenia nie było podanego czasu zacierania, jedynie wzmianka, żeby przestać po negatywnej próbie. Dawno przestałem ją w ogóle robić, więc nieco się nastroszyłem, bo doczytałem o tej próbie już podczas warzenia, a jakiś czas temu zapodziała mi się buteleczka z jodyną.
Na szczęście była tam gdzie się spodziewałem (w pokoju na buteleczki z jodyną) i mogłem zatracić się w kolejnym etapie produkcji.
Zacieranie trwało 1 godzinę i 26 minut. Razem z przerwą, dolewaniem wody, próbą i podgrzaniem do 73'c.


O filtrowaniu żytniego czytałem sporo. Że ciężko. Że długo. Że zatyka. Padały porównania do pszenicznego (tutaj racja - pszeniczne filtrowało mi się, delikatnie mówiąc, topornie). Znając życie, nie brałem za bardzo tych demonicznych opisów do siebie, po prostu liczyłem się z ewentualnymi problemami i byłem na nie przygotowany.


Zrobiłem zbliżenie, żeby pokazać Wam, że to naprawdę klejąca sprawa. Lepi się jak cygańska ręka w supermarkecie (bez obrazy, Don Wasyl), ale z pomocą przyszedł filtrator z oplotu. Prześwięcony wielokrotnie, sprawdzony w najtrudniejszych zasypach, raz nawet pogryziony (odciski wskazują na ślady po ludzkich zębach), wciąż na chodzie, wiecznie skory do współpracy.


Gdy tak rozmyślałem o tym z nieobecnym spojrzeniem, najwyraźniej jedno z urządzeń poczuło się zazdrosne - termometr oszalał. Na bunt maszyn nic nie poradzę, rozkręciłem i złożyłem ponownie (99% urządzeń zaczyna wtedy ponownie działać - nie wiem, ręce które leczą, czy jak?) ale nie udało mi się go ożywić. Trudno...


... użyłem więc malutkiego termometru z którego korzystam przy zaparzaniu yerby. Chyba nikt się nie obrazi. Problem tylko w tym, że ten nie daje się na dłuższą metę - jest bardzo nieprecyzyjny i lubi czasem wskazać zupełnie nierealną temperaturę wnętrze łatwo zachodzi wilgocią).


Dobra, wrzucamy nasz kleik do fermentatora. Oklepane ujęcie, mam takie chyba przy każdej warce, ale przynajmniej widać, że ciężko pracuję, a nie tylko mieszam łychą.


Do przefiltrowania mam całkiem pokaźną ilość łusek - 23 l. Bierzemy łyczek Paulanera i bierzemy się do dzieła.


Tradycyjnie pierwsze kilka litrów mętnego filtratu ląduje z powrotem do wiadra.


Wysładzanie przebiegło następująco:

- pierwsze 11 litrów zeszło bez problemu, dodałem 3 litry wody,
- po 10 minutach, gdy filtrowanie się zatrzymało, dodałem kolejne 2 litry i po podniesieniu pokrywy filtrowanie znów ruszyło, i to bardzo szybko (przykrywam, ale niezbyt szczelnie, żeby żaden motyl czy chrząszcz mi tam nie wlazł, poza tym, zacier szybciej by wystygł, a lepiej się filtruje póki jest gorący),
- po 25 minutach od rozpoczęcia filtrowania dodaję znów 3 litry wody - w fermentatorze mam już 17.5 litra czystego filtratu.


Jak widać, ze słodu wycisnąłem praktycznie wszystko. Mógłbym go co prawda jeszcze pomęczyć kikanaście minut, ale odpuściłem z trzech powodów - wycisnąłbym może dodatkowe pół litra (nie warte poświęconego na to czasu), to, co bym wycisnął, byłoby już i tak solidnie wypłukane, + niebezpieczeństwo przepuszczenia do klarownego filtratu różnych niepożądanych treści, gorzkości i mętności.


Demontuję filtrator, wszystko jest mokre, gorące i się klei. Nie wiem, co Wy robicie z tymi resztkami, ja ładuję je w mocne worki na śmieci, solidnie związuję i cieszę się przez jakiś czas podgrzewanymi pufami do siedzenia.
Przy tej warce nie było inaczej; ale, że przy okazji niechcący się napiłem, worki skończyły w tragiczny, dość niecodzienny sposób. Może kiedyś zamieszczę zdjęcia. Na razie świat nie jest na to gotowy.

Chmielenie - 70 minut, dwie dawki chmielu (Lubelski) w 10-tej i 40-tej minucie (20 g i 10 g)


W ogóle, to bardzo lubię ten etap warzenia. Wiadomo, że zbliża się już finał, można się zrelaksować, wyjść na chwilę do sklepu, (powroty są boskie - jak wchodzi się do mieszkania zapach po prostu zniewala - zresztą, wystarczy wyjść na kilka minut na balkon) można też na spokojnie umyć wiadra i rurki.


Podczas pracy się tego nie czuje, ale cale te zacieranie, filtrowanie i chmielenie generuje naprawdę dużo ciepła - przecież palniki są praktycznie non stop włączone, a wilgotna i gorąca para rozłazi się po wszystkich kątach. Okien nie otwieram na oścież, bo: a) nie chcę żadnych dzikich drożdży czy innych pyłków, b) mam tak małą kuchnię, że wiatr wiejący przez otwarte okno zdmuchuje mi ogień spod gara.

Na pocieszenie, w całym tym zamieszaniu w ogóle się na tą temperaturę nie zwraca uwagi, niemniej, jeśli spodziewacie się gości warto uprzedzić, że mamy w domu tropikalną aurę.


Na 10 minut przed końcem chmielenia wrzucam, jak zwykle, chłodnicę do wyparzenia. To ostatnie chwile beztroski, gdy nie trzeba paranoicznie bać się zakażenia brzeczki (nie zwalnia nas to jednak z konieczności wymiotowania w innym, niż kuchnia, pomieszczeniu). Jeśli coś bakterynie ma pójść nie tak jak powinno - to właśnie zbliża się ten moment.


Chłodzenie bez większych zmian, ok. 25 minut i mamy temp. pokojową. Tym razem zrobiłem kilka notatek żeby pokazać, jak szybko spada temperatura:

17:40 - start chłodzenia (wrzątek)
17:48 - 59'c
17:55 - 42'c
17:58 - 35'c
18:18 - 24'c (osiągnięte dużo wcześniej, ale chciałem się przekonać, do jak niskiej wartości zejdę przy temperaturze otoczenia 32'c)


Rehydratyzacja przy 24'c, drożdże pszeniczne, czyli WB-06. To chyba moje ulubione zwierzęta.


Odsysanie - o dziwo - bez problemów. Nie było tego wszechobecnego mułu, który towarzyszył mi przez ostatnie warki, a do osadzenia się chmielin nie potrzebowałem dużo czasu - ledwie kilka minut. Przy tak gęstej brzeczce nastawiałem się na godzinną zabawę...


Po chmieleniu i dekantacji stałem się dumnym posiadaczem 16 litrów brzeczki. Wynika stąd, że podczas chmielenia wyparowuje nam prawie litr, a ponad pół litra zostaje w fermentatorze po oddzieleniu od chmielin.

Przyszłe piwo ma 16'blg. Zgodnie z instrukcją, staram się uzyskać 12,5'blg. Wygląda to mniej więcej tak:

16'blg - dodaję 2 litry wody
15'blg - dodaję 2 litry
14'blg - dodaje 2 litry = 12.5'blg

Uzyskuję w ten sposób ok. 22 l żytniej uciechy.

Godzinę od wyjęcia z brzeczki chłodnicy dodaję wyrośnięte drożdże. Całość przykrywam i stawiam blisko otwartego okna.

Czekamy na efekty...

13 sierpnia

Po fermentacji burzliwej, która przebiegła burzliwie i bez problemów (5 dni) przelewam na cichą. Zapach, smak - OK.

3'blg - drożdże wyjątkowo żarłoczne!

20 sierpnia

Po fermentacji cichej blg zeszło do 2'. Pora butelkować...
Tak, jak robię to od jakiegoś czasu, butelki dzień przed rozlewem moczę w wannie. Ładnie odchodzą etykiety, ewentualne dziwnie wyglądające formy życia dodatkowo traktuję szczotką do butelek (generalnie staram się podejrzanych szkieł nie używać).
Na tą warkę przygotowałem sporą ilość butelek 0.33 - ze względów praktyczno / estetycznych. Po pierwsze, co jakiś czas sprawdzam, jak piwo zmienia się w smaku. Nie zawsze jest super, a szkoda marnować całą 0.5l butelkę. Poza tym małe ładnie się prezentują. Można zaprojektować mniejsze etykiety, co też delikatnie obniży koszta. Można też, co jest bardzo interesujące, eksperymentować ze smakiem. Ewentualne straty będą liczone nie w, powiedzmy, 10 litrach, a tylko w 5...
Butelki wymyte, pora na wyparzanie - piekarnik rozgrzany do 200'c, partia butelek praży się ok 10 minut. Jeśli po tym cokolwiek jeszcze z bakterii przeżyje, to ja się poddaję.

Glukozy dałem 145 g na ok 21 litrów.

Przy rozlewie postanowiłem troszkę poeksperymentować. Do paru butelek, w różnych proporcjach, dodałem goździki (całe) oraz kardamon. Cała partia wygląda następująco:

Butelki 0.5l - 19 sztuk
Butelki 0.3l - 27 sztuk
Butelki 0.5l + 2 goździki / but. - 3 sztuki
Butelki 0.5l + 1 goździk / but. - 3 sztuki
Butelki 0.5l + 1/2 goździka / but. - 1 sztuka
Butelki 0.3l + szczypta kardamonu - 1 sztuka

Ogółem wyszło 26 butelek 0.5l i 28 butelek 0.3l. Nie oznacza to jednak, że mam ponad 22 l piwa - w każdej butelce zostawiam spory zapas wolnej przestrzeni, bynajmniej nie ze skąpstwa - musi być luka na ciśnienie powstające podczas refermentacji.

28 października 2011


Piwo już po kilku testach, których wyniki, jak wiadomo, albo się pojawią albo i nie :(
Roggenbier dostało taką właśnie etykietę (dzięki Anonimowy za przypomnienie).