Niestety, eksperyment - bo o to chodzi - dotyczył użycia starych słodów i totalnego, jak się później okazało, braku doświadczenia w ich miksowaniu, nie mówiąc już o tym, że nie miały one kontaktu z żadnym, tym bardziej kobiecym, ciałem.
Zero romantyki, dużo kombinowania i słabe efekty. Sprawdziła się jedynie muzyka...
Bazą były słody od portera angielskiego, pilzneński, karmelowy i barwiący. Mój wkład w całą tą imprezę to pszeniczny ciemny i Cara crystal.
Dlaczego? Chciałem uzyskać piwo mocniejsze, bardziej słodowe, o blg wyjściowym przynajmniej 16. Nie bez znaczenia był też fakt, że nie miałem co zrobić z przeterminowanymi słodami...
Receptura wyglądała więc następująco (16 marca 2012):
- słód pilzneński - 3.5 kg (ważność do końca stycznia 2012)
- słód pszeniczny ciemny - 1 kg (ważność do końca listopada 2010)
- słód karmelowy Caraaroma - 0.2 kg (ważność do końca stycznia 2012)
- słód barwiący Carafa III - 0.2 kg (ważność do końca stycznia 2012)
- Cara crystal - 0.14 kg (ważność do końca listopada 2010)
- chmiel goryczkowy - 25 g
- chmiel aromatyczny - 30 g
- drożdże Safale S-04
Z tego co się później okazało, to wcale nie taki eksperyment - "moja" receptura okazuje się klasycznym Saisonem, poza dodatkiem Cara crystal...
Podgrzałem 14 litrów wody do 70 stopni, i wrzuciłem słód pszeniczny oraz pilzneński.
Po 15 minutach do wspólnej kąpieli dołączyły słody ciemne. Atmosfera zrobiła się gęsta, wręcz nie do wytrzymania, złośliwie odczekałem więc jeszcze 5 minut i podgrzałem 1.5 litry wody. Dodałem do zacieru i towarzystwo nieco się rozrzedziło.
Cały proces przebiegał w 65-67'.
Zastosowałem tą jedną przerwę, po czym podgrzałem do 77' i zostawiłem na 10 minut.
Nie czekając niepotrzebnie aż wszystko się do końca przefiltruje zaczynam podgrzewać wodę.
Tak w ogóle, to z garnkami miałem całkiem ciekawą przygodę.
Kiedyś, dawno temu, miałem w piwnicy własną ciemnię fotograficzną. Potrzebowałem garnka, żeby mieszać w nim chemię, wywoływacze, utrwalacze, te sprawy. Mama dała mi jeden, taki całkiem spory, schodzę z nim zaaferowany do piwnicy, po drodze mijam się z sąsiadem. Patrzy na mnie tak jakby profilem, przymyka oko, widzę, że coś mu nie w smak. Idę dalej, przecież nie będę się zatrzymywać przy każdym kto ma profil.
Mija godzina, do piwnicy (zamkniętej szczelnie, cisza, tylko czerwone światła się świecą - właśnie wywołuję klisze) głośne pukanie: "Otwierać, policja!"
"Co do kur..." myślę sobie, ale tak naprawdę to się przestraszyłem. Nie, żebym miał coś na sumieniu poza tym garnkiem i czerwonymi światłami, ale raczej policji się nie spodziewałem. "Moment!" i otwieram. Oczywiście latarkami świecą gdzie się da, chuj z kliszami, no ale kto się liczy ze sztuką wyższą.
"Mamy informacje, że przetrzymuje pan tu uchodźców z Czeczeni i karmi ich zupą"
Zdębiałem. Ja rozumiem hodowla ziela, porno fotosesje, jakieś destylacje. No ale zlitujcie się, Czeczeni? Ja nawet nie wiem, czy oni lubią zupę!
Od słowa do słowa, okazało się że pan życzliwy sąsiad nie potrafił ogarnąć, po co schodzę uśmiechnięty do piwnicy z garnkiem. Za dużo dla niego. Więc powiązał z Czeczenami. W sumie, jak się zastanowić, to proste - idziesz z garem - gotujesz zupę. Uśmiechnięty? Czyli dla uchodźców.
Po zwrocie pierwszych 4 litrów minimalny kurek. Do przerobienia mam 16 litrów. Do pierwszego wysładzania nazbierałem 7.5 litra.
Mija 40 minut, I wysładzanie (80'c, 8 litrów, mam 14 litrów brzeczki). Po kolejnych 20 minutach II wysładzanie (80'c, 3 litry, uzyskuję 17 litrów brzeczki). Trzecia partia wody (80'c, 5 litrów) 15 minut później. Kończę z 22 litrami brzeczki.
A teraz garść prawdopodobnie zupełnie bezużytecznych danych wg moich magicznych notatek:
- czysta brzeczka o temp. 52' ma 19.6 blg
- ta sama brzeczka, ale schłodzona do 27' ma już 21.6 blg
Może i dobrze jest wiedzieć takie rzeczy, sam już nie wiem.
Impreza zaczęła się o 15.50, o 19.22 zaczynam chmielenie (brzeczka ma 13.5 blg)
19.55 - zaczyna wrzeć, dodaję I partię chmielu
20.45 - II partia
21.05 - chłodzenie.
Po chmieleniu mam prawie 17 litrów o gęstości 17 blg. Dodaję partiami wodę:
+ 3 litry = 15 blg
+ 1.5 litra = 14 blg.
Całe 21 litrów brzeczki przelewam do fermentatora, napowietrzając tak bardzo jak tylko się da.
Pisałem już wcześniej, że nie przepadam za tym etapem, ale nie jestem w stanie go przeskoczyć. Nie cieszy mnie nawet to, że to tak zabawnie pryska na podłogę i na spodnie. Na tym etapie naprawdę niewiele mnie rzeczy bawi. Jestem już zmęczony, zamyślony, możliwe, że nie trzymam pionu, i marzę tylko o tym "żeby już było jutro i będzie bulgotać albo nie"
Drożdże wspaniale wyrośnięte w temp. 25', zadane na 24'.
Wieko zamknięte, czekam na bulgot.
później
Fermentacja przebiegła spokojnie. Bez bąbli, burzliwej 8 dni zajęło zejście do 5 blg w temperaturze pokojowej (~21')
Na cichej porter postał 6 dni, skończył z takim samym blg.
jeszcze później
Przy zlewaniu do butelek smak ok, gorzki, lekko... śliski (pszenica?), zapach jakby wino... trochę się boję.
Tak czy inaczej, wyszło 45 pół litrowych butelek, które podzieliłem na dwie części - z cukrem kandyzowanym (90 g) i glukozą (90 g)
po paru miesiącach
Nie jest dobrze. Pękła... co ja piszę. Eksplodowała jedna z butelek. Dosłownie, nie zostało po niej śladu. Stała otoczona braćmi i siostrami, po czym zniknęła. Jedynym śladem po niej była klejąca, sproszkowana warstwa szkła na ściankach sąsiednich butelek. Supernova.
po paru miesiącach + kilka upalnych dni,
które akurat spędzałem na mazurach z piwem i wędką na pomoście
Drzwi od piwnicy otwierałem z trudem. Przyblokowały się przez odłamki szkła. Włączenie światła trudniejsze niż się spodziewałem - włącznik zalepiony piwem. Ponad 20 butelek zdecydowało się raptownie zmienić stan skupienia ze stałego w płynny. Podłoga, ubrania, ściany, sufit, rowery, pająki - wszystko oblepione warstwą mączki szklanej.
Zostało 5 niewybuchów. To, jak próbowałem je zabezpieczyć, to dłuższa historia, powiem tylko, że nerwowego potu zleciało ze mnie przynajmniej 3 litry.
17 sierpnia 2012
To nie tak, że nic nie wypiłem :) Część piwa próbowałem, ale było tak niedobre (przegazowane, kwaśne), że po prostu wylałem. Część poszła jako odżywka do płukania włosów. Reszta, jak już wiecie, wesoło eksplodowała. Nigdy więcej eksperymentów!
Chociaż znając życie odczekam miesiąc i znów zrobię coś głupiego.











