Pokazywanie postów oznaczonych etykietą monachijski I. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą monachijski I. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 maja 2013

warka 29 - Belgijskie Pale Ale

Moja mapa piwnego świata wciąż się rozrasta. Była już Irlandia, Anglia, Niemcy, Polska - pora na Belgię. W założeniu zbalansowane, słodowe piwo codziennego stosowania, z lekkim kwiatostanem i umiarkowanym chmielem. Przy założeniu, że to piwo codzienne, wymienianie walorów smakowych mija się z celem - pełnia szczęścia właśnie została osiągnięta ;)


Słody do 28 maja (dziś jest 30), ale po przemyśleniu sprawy robię na własną odpowiedzialność.


Opcja zakupu własnego śrutownika kiełkuje we mnie od 2009 roku. Obliczyłem, ile czasu przy moich warkach zwracał by się koszt zakupu - za długo. Ale ta frajda... i możliwość zakupu z innych źródeł, gdzie nie zawsze mają słód śrutowany... ten prestiż na osiedlu... te zazdrosne spojrzenia, gdy niby przypadkiem z plecaka wystaje mi korba, a ja jakby nigdy nic spokojnie pompuję koło w rowerze. Boże, już widzę oczami wyobraźni jak się ślinią, jak pragną choćby raz zakręcić, raz chociaż coś zemleć, usłyszeć ten chrzęst i poczuć zapach zwycięstwa. Te ziarno jeszcze niedawno było całe! Takie było, mówię ci, jebitnie wielkie jak ten kloc z parteru co ma tego czarnego psa bez nogi. A ja proszę ja ciebie chrup, zakręciłem, i stał się słód! Dał mi trzy razy zakręcić, bro!


Przygotowania tradycyjnie boleśnie długie, bo a to wodę przefiltrować (całe 15 litrów, jadę na filtrze - podróbce), a to garderobę przygotować pod zdjęcia, a to schudnąć trochę - nie jest lekko, ale o 12:12 zaczynam.


Woda wzeszła była do 67 stopni, Człowiek Ucho przystępuje do działania - leci wszystko co było w zestawie (poza chmielem, drożdżami i kartonem)


Temperatura utrzymuje się sama, co 15 minut zdejmuję pokrywę i mieszam, w połowie zacierania (jedna godzinna przerwa w stałej temperaturze) dogrzewam żeby nie zamarzło.


Jakby kogoś interesowało gdzie w tak malutkiej kuchni trzymam sprzęt do warzenia - w specjalnie na ten cel zamówionym barku :) Mieści się kocioł 30 l, pięć fermentatorów 20 l, dwa fermentatory 10 l i masa innego potrzebnego sprzętu. Chociaż zajmuje to sporo miejsca które można by było przeznaczyć np. na schowek na pościel, nie muszę schodzić do piwnicy. A wierzcie mi, gdybym tak właśnie musiał robić, to nie opisywałbym właśnie 29 warki, tylko co najwyżej 4. Skupiłbym się może na tej pościeli i w końcu znalazł inne hobby?


Ale do rzeczy. Na tym niepowtarzalnym ujęciu niedoszły właściciel składziku na pościel zapoczątkowuje proces zwany filtrowaniem. Jesteśmy świadkami narodzin - z ciała stałego, ziarna, przechodzimy na wyższą formę bytu - płyn. A z płynu, jak wiadomo, rodzi się życie. Chyba, że jesteśmy szybsi.


Po zwróconych trzech litrach i półgodzinnej labie pora przyspieszyć produkcję - 12 litrów już mogę podgrzewać w garze, reszta niech się sączy. Człowiek Podbródek czuwa.


Filtrat pięknie mienił się wszystkimi odcieniami pomarańczy. Urolog by zaklną, ja byłem zachwycony. Wesoły, rwący potok przeszył ciszę pustego mieszkania i w przyrodzie zapanowała równowaga.


Wyglądam jakby ściekająca do wiadra ciecz stanowiła dla mnie spore wyzwanie intelektualne, ale to tylko pozory. Korzystając z wolnej chwili wyciągam w pamięci pierwiastki z bardzo dużych liczb i dodaję je do numerów telefonów znajomych i rodziny. Wyniki są zaskakujące.


Cały czas na bieżąco dodaję do podgrzewającego się zacieru nowe partie filtratu. Dzięki temu zaoszczędziłem godzinę.


Biały bąbelek symbolizuje nasz system słoneczny, w środkowej części widzimy supermasywną czarną dziurę, a ten niebieski narożnik w górnym prawym to granice wszechświata. Jak widać, obcy nie istnieją.


Gotowanie zaplanowane na godzinę i pięć minut. Nie rozumiem, dlaczego tak czasem w przepisach podają. Ja wiem, że w ciągu pięciu minut wszystko może się wydarzyć, ale nie wiem, jak to realnie ma wpłynąć na smak... A co jeśli skrócę czas do godziny? Wyjdzie budyń?


Wygląda to jakbym chciał nagle coś na szybko wciągnąć, ale to tylko nowy gatunek chmielu w moim garze. Brewers Gold - 30 gramów. Podejrzliwości nigdy za wiele, zwłaszcza jeśli chodzi o to co się później będzie piło.


Nie stawiałem na rewolucję, ale po dodaniu granulat zaczął tworzyć wspaniałe fraktalne struktury - Lubelski jeszcze takiego show mi nie urządził.


15 minut przed końcem wrzucam chłodnicę, a po wyłączeniu palników przenoszę całość w chłodniejsze miejsce. Czekam aż warka ochłonie, ale w między czasie się nie nudzę, bo...


... właściwie to muszę zgodzić się z teorią, że w pięć minut można sporo zrobić.


Pappa Muminek i jego kleiste wnętrzności. Czekając aż dojrzeje jego Drożdżowa Wysokość biorę się za zlewanie chmielin. Najgorsze przede mną. Poza myciem. I sprzątaniem. I butelkowaniem.


Nie jestem pewny czy to zdjęcie z warzenia. Sporo nie pamiętam.


I o to chodzi! Pięknie rozłożone chmieliny pod klarowną brzeczką, a nie tak jak nad jeziorem kiedy próbujesz napić się wody a wciągasz same glony.


Zanurzamy rączkę...


... czysta, zielona natura w najprostszej z możliwych postaci!


W piwie nie ma nic, co mogłoby nas zatruć. Gorąco zachęcam więc do degustowania świeżego chmielu, brzeczki przedniej, drożdży i fermentatorów (z atestem).

Przez maksymalne zbliżenie się do swojego hobby wkraczamy na inne płaszczyzny zrozumienia praw nim rządzących, mamy okazję na zdobycie doświadczenia którego nie przybliży nam żadne forum, piwni recenzenci ani stojący za nimi korporacje. Na ile pozwalają nam paragrafy - korzystajmy ;)


Przy okazji chciałem napisać dwa słowa o gumowym wężu:
- wąż
- guma


Bolączka piwowara - źródło bieżącej wody. Po trzech latach gwinty do wymiany - wszystko przez pośpiech, zawsze wszystko co związane z wodą robię na ostatnią chwilę. Ponoć mam tak od urodzenia. Pamiętam, wiązało się to z wodą... lekarzem który tylko się zaśmiał... potem wiek dojrzewania, jakieś podśmiechujki, olewanie kogoś... po 30-stce fajnie się to przerodziło w jezioro i wędkę, ale na to musiałem sobie zapracować. Teraz sam sobie przelewam jak i co chcę ale jeśli chodzi o wyczucie czasu wody w kranie jeszcze nie opanowałem.

                                                                            @ fot. NASA


Na zdjęciu człowiek który dzięki wyrazowi twarzy skreślił właśnie swoją przyszłość jako polityk. Mimo wszystko nadal próbuje przekonać osobę robiącą zdjęcie, że all right i że można już pić.


Wątpliwości nie rozwiewa - raczej je wzmaga - pusty wzrok zakotwiczony na mini misce z rączką.


 Szybki zwrot próbki.


Szybki filtrarz wody.


Szybkie zwiększenie objętości brzeczki.


 Szybka ponowna ocena.


Szybkie notatki.


Szybkie powtórzenie procedury.
 

Blg na zadowalającym poziomie. Początkową wartość 15 blg (17 litrów brzeczki) rozwarstwiłem do zakładanych 12 blg uzyskując 20 litrów. Myślę, że na wydajność miało w większości wpływ fantastyczne rozdzielenie chmielin od brzeczki - odzyskałem praktycznie wszystko co do kropli.

A kolor? Fenomenalna barwa. Wygląda tak kusząco, że wypiłbym razem z ballingometrem, ale wiem, że będzie mi jeszcze potrzebny.


Nonszalanckim gestem zaszczepiam brzeczkę.


To nie ma końca.


Ponieważ potrafię zaszczepiać godzinami.
Ponieważ jestem Człowiek Zaszczep.

sobota, 24 marca 2012

warka 20 - Porter (diabelski)

15 maja 2012 - premiera Diablo III...
Jako, że "dwójkę" cenię sobie niezmiernie, oczekiwania miałem wysokie (70% mojego uwielbienia opierało się na fantastycznych kompozycjach Matt'a Uelman'a, których mogłem słuchać w nieskończoność stojąc w strugach deszczu w Obozowisku Łotrzyc). Chciałem ten wyjątkowy dzień jakoś podkreślić, żeby nie było tak po prostu. Grę odebrać, zainstalować, otworzyć schłodzone piwo uwarzone specjalnie na tą okazję. Prawda?
Ciemniejszy odcień czerni, Trunek Pana Zniszczenia - Porter Diabelski.

Diabelski właściwie tylko z nazwy, mocą nie miał wybiegać zbytnio ponad osiągi "zwykłego", angielskiego, zamierzałem jedynie nadać mu czarciego uroku poprzez mroczny kolor i ciężkie aromaty palonej kawy.


Przepis autorski, bazujący na sprawdzonym porterze angielskim plus modyfikacje... modyfikacji dość sporo.

- jęczmień palony 0.3 kg
- pilzneński 3 kg
- monachijski 1 kg
- pszeniczny ciemny 0.5 kg
- carafa II - 0.1 kg

- chmiel goryczkowy 30 g
- chmiel aromatyczny - 13 g

- gęstwa z warki no.18 (Porter pejota, S-04) - pobrana i zużyta tego samego dnia 
 

Pracę zaczynam dość wcześnie - o 13:30. Jak już pewnie wcześniej zauważyłem, to dobra pora, picie alkoholu przed 13:00 jest mało praktyczne.
Pół godziny czekania i woda (ile jej, moje notatki milczą. Zakładam, że było klasycznie, 3:1) osiąga 70 stopni.


Wrzucam słody - poza barwiącymi. Temperatura spada do 66.8 stopni (ach, te krnąbrne 0.2 stopnia).
Dogrzewam trochę i przez godzinę staram się utrzymać 68 stopni. Nie mam z tym żadnych problemów, zacier jest gęsty i ładnie trzyma ciepło.


15 minut przed końcem dodaję słody barwiące. Wnętrze kotła wypełnił mrok...


Zgodnie z procedurą warzenia portera angielskiego podgrzewam do 77 stopni i trzymam w niepewności przez 10 minut.


15:15 - zaczynam filtrowanie. Za pomocą miarki kucharskiej bardzo wygodnie przenosi się zacier, na koniec wystarczy tylko przechylić pusty już prawie gar i poprosić pomocnika o wyskrobanie resztek (nie ma wtedy komu robić zdjęć więc raczej nie prędko doczekacie się dokumentacji tego zjawiska :))


Zwrot pierwszych mętnych litrów - chociaż w tym wypadku ciężko mówić o jakiejkolwiek przejrzystości, zakładam, że pierwsze litry były mętne.


Wysładzanie w odstępach 10-15 minutowych, w trzech partiach:

- 2 litry 80'
- 8 litrów 80'
- 3 litry 80'


Podczas gdy wysłodziny leniwie się sączą do wiaderka, ok 15 litrów już odfiltrowanych nastawiam do grzania, niedługo potem dołącza reszta ekipy. Pierwszą porcję chmielu daję na samym początku gotowania, drugą 15 minut przed końcem (gotowanie godzina i 10 minut) - czyli kolejny wzorzec z portera angielskiego.


Chłodzenie standardowo, bez niespodzianek. Zdejmuję gar z kuchenki i stawiam na drewnianej desce, tak szybciej odprowadzę ciepło. Pamiętam, jak raz zapomniałem zdjąć z palników - mało tego, wyłączyć gazu... Dziwiłem się, dlaczego tak wolno temperatura spada. To, że spadała w ogóle uważam za sukces i kolejne punkty do doświadczenia.


Przemywam co się da wrzątkiem.
Nie, nie chodzi o wieczorną kąpiel, ani o jakieś dziwne hobby - zbliża się przykry etap zwiększonego ryzyka zakażenia brzeczki, które to, niestety, rośnie wprost proporcjonalnie do zmęczenia. Zazwyczaj podstawowe, czyli minimalne środki, zapobiegają infekcjom. Dłonie myję bardzo często, praktycznie po każdej czynności i nie mam kontaktu z rurką do zasysania bo stosuję "przedłużkę". Staram się też nie otwierać okien w kuchni i nie skakać nad warką, żeby nie wleciały tam jakieś małe obce istoty.


Odmierzam potrzebną ilość gęstwy - tak, to gęstwa - 190 gramów. Gęstwa jest świeżutka, bo pobrana tego samego dnia i nie zdążyłem jej nawet nadać imienia.


Sprawdzam gęstość brzeczki. Pewnie wygodniej by mi było gdybym kucnął, ale już to przerabiałem - zaraz potem trzeba wstawać i tylko kręci się w głowie. Kolega mówi, że to problemy z ciśnieniem, ale nie do końca mu wierzę - pamiętam jak kiedyś umawialiśmy się na 18.00 a przyszedł dużo później.


Po gotowaniu i odsączeniu chmielin mam 15 litrów o gęstości 19'blg. Dobry wynik, bardzo dobry - ale przecież nie z kosmosu. Zamiast standardowych 4 kg zasypu dałem prawie 5, chciałem uzyskać mocniejsze piwo więc mam. Nie mówię, że kosmos nie ma tu nic do rzeczy, bo ma wiele, ale mimo wszystko w większości to moja zasługa.


Po agresywnej konfrontacji woda - brzeczka uzyskuję ok 21 litrów diabelskiego nasienia.
Silnie napowietrzam - po części z faktu, że tak powinno się robić - po części ze względu na frajdę jaką to wywołuje. Szczerze, poza wizytą w wc po wielogodzinnym pobycie w pubie, kiedy możemy pozwolić sobie na taki strumień?


Cieplutka gęstwa ląduje w skotłowanej, wymęczonej brzeczce. Stosuję kubeczki jednorazowe, wydaje mi się to dobrym, taktycznym posunięciem ponieważ nie trzeba nic myć ani przed ani po - chyba sprzedają je czyste, prawda?...


Rocco, sei geloso?...


Więc tak: porter pejota (no.18), alt (no.19) i porter diabelski (no.20). Sporo bulgotania jak na jeden pokój.
Patrzysz, rośniesz, puchniesz z dumy, odbija ci się niedyskretnie satysfakcją. To wszystko twoje. Dzieci twojej cierpliwości, twojej pasji, wynik elementarnych praw fizyki i chemii, które udało się ujarzmić do tego stopnia, żeby w ciągu miesiąca przyniosły ci przynajmniej dwie namacalne korzyści: radość i kaca.

31 marca 2012

Burzliwa spokojnie. 21 stopni, nikt fermentatora nie kopał, nie przestawiał, ale i on sam zachowywał się normalnie więc nie było powodów atakować.
Po burzliwej 5'blg, smak... bardzo przeciętny. Lekko powiedziane. Kwaskowate, mocno palone. Zapach "typowy", może nie ma się czym przejmować?

7 kwietnia 2012

Zeszliśmy do... 5'blg. Nic nie zeżarło więcej? Podejrzane... ale, przed samym butelkowaniem próba smaku: dobre, cierpkie, kawowe i raczej delikatne, o co akurat Diablo w płynnej postaci bym nie posądzał.
Poszły precz kwaskowate posmaki, bardzo się cieszę...

24 listopada 2012

Właśnie opisuję tą warkę.
Jakby to powiedzieć... nie wyszła.

Nie udało się wyciągnąć jej na światło dzienne w dzień premiery Diablo. Nie udało, bo próbowałem jej wcześniej, i była tak paskudna w smaku, że kupiłem sobie piwo w sklepie.
Kryła się więc w mrokach piwnicy, gdzie jej miejsce. Ciasne, mroczne, pokryte kocimi feromonami i pajęczymi wyziewami. Sporadycznie, jakby z nudów, eksplodowały dwie lub trzy jednostki. Warka nie doczekała się nawet etykiety (są jedynie szkice...), popadła w zapomnienie... coś, co miało być świetnym dodatkiem do ważnego wydarzenia, okazało się niesmacznym problemem.

Oczywiście, jako istota głęboko myśląca, wyciągam wnioski. Po pierwsze: eksperymentować można wtedy, gdy ma się wiedzę. Po drugie: tworzyć przegrody w piwnicy, tak, aby szkło nie leciało do sąsiadów. Po trzecie: nie nastawiać się na nic w 100% - co ma być to będzie. Nie musi to dotyczyć tylko i wyłącznie warek :) Wszechświat i tak jest totalnie obojętny na nasze działania, nie istotne co robimy i z jakim zapałem.

PS Dzięki Seba za pomoc w warzeniu i za dokumentację foto, łobuzie ;)